Długie kolejki do lekarzy świadczyć mogą o tym, że brakuje lekarzy i trzeba ich kształcić więcej, albo sprowadzać zza granicy. Mówimy tu przede wszystkim o lekarzach spoza Unii Europejskiej, zazwyczaj ze wschodu. Główne kraje to Ukraina i Białoruś. Do niedawna była to jasno określona ścieżka. Obcokrajowiec zdawał egzamin nostryfikacyjny, przechodził staże i kursy specjalizacyjne. 

Pandemia obnażyła mankamenty polskiej służby zdrowia, zarówno te kadrowe jak i te sprzętowe. Zaczęto do systemu, na uproszczonych zasadach, dopuszczać medyków ze wschodu. Wojna na Ukrainie oraz napływ uchodźców spotęgował to zjawisko. 

Z drugiej strony zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu uczelnie medyczne kształcące lekarzy.

Rodzi się pytanie: czy Ministerstwo Zdrowia starając się zapewnić odpowiednią liczbę personelu medycznego nie zaczyna przedkładać ilości nad jakość? 

Po pierwsze: luzuje przepisy dotyczące obcokrajowców, nie poddając ich odpowiednim weryfikacjom. Po drugie: otwiera uczelnie z gorszym zapleczem dydaktycznym niż w uczelniach renomowanych. W rejestrze Naczelnej Izby Lekarskiej figuruje 4 985 medyków z zagranicznymi paszportami. Dominują Ukraińcy (2855) oraz Białorusini (1237). Na kolejnych miejscach są Rosjanie (106), Niemcy (94) i Amerykanie (58).

Obecnie mamy 28 uczelni kształcących na kierunkach lekarskich. Kolejne 10 czeka na opinię Polskiej Agencji Akredytacyjnej. Liczba studentów medycyny szybko rośnie, co zaczyna budzić poważne obawy środowiska lekarskiego, że nie zostaną dobrze wykształceni. Gwałtowny wzrost liczby studentów medycyny to efekt rozporządzeń jeszcze poprzedniego rządu, który obniżył wymagania stawiane uczelniom dla nowych kierunków medycznych. Od lat się mówi, że brakuje lekarzy, a problem będzie się powiększał, bo duża część pracujących obecnie medyków ma uprawnienia emerytalne. Deficyt lekarzy jest zwłaszcza na wsiach i w małych miastach, gdzie dochodzi do likwidacji przychodni pierwszego kontaktu. Z drugiej strony samorząd lekarski alarmuje, że idąc na masowe kształcenie, jakość usług się pogorszy. Czy jest to dbanie o własne środowisko, czy faktyczny niepokój o jakość udzielanych świadczeń? Jak zwykle jest tak, że prawda leży gdzieś po środku i prawdopodobnie lepiej dmuchać na zimne. Mówimy tu o zdrowiu, gdzie nie ma miejsca na pomyłki, a błędy lekarskie często są nieodwracalne. Nie chciałbym efektów słabego szkolenia medyków szukać na wózkach inwalidzkich bądź cmentarzu.

Bogusław Ciupka