Pozwoliłem sobie na prowokacyjny tytuł, bo niestety taki obraz naszego kraju wyłania się po niedawnych wydarzeniach. Mam na myśli potężny wyciek danych, do jakiego doszło w firmie MyDr (angielski skrót oznaczający „mój lekarz”). Firma ta przetwarzała dane pacjentów dla około 12 tysięcy placówek medycznych w całej Polsce. W wyniku cyberataku zostały przejęte dane dotyczące prawie 19 mln osób, w tym dane kontaktowe, numery PESEL, historia choroby czy informacje o przyjmowanych lekach. Te dane, gdy znajdą się w rękach przestępców czy też obcych służb specjalnych, mogą posłużyć do różnego rodzaju oszustw lub też szantażowania ludzi ujawnieniem bardzo intymnych informacji z ich życia (np. dotyczących zaburzeń psychicznych lub leczenia na choroby weneryczne). Z punktu widzenia bezpieczeństwa zwykłych obywateli takie zdarzenia podważają zaufanie do państwa i jego instytucji, ponadto mogą spowodować poczucie zagrożenia lub obawy, czy ktoś nie powołany nie uzyskał w ten sposób informacji mogących zagrażać politykom, funkcjonariuszom rozmaitych służb, a nawet zwykłym ludziom. Co gorsza, może okazać się w bliższej lub dalszej przyszłości, że takie obawy wcale nie były bezpodstawne.
Ogólny obraz, jaki można mieć w wyniku takich wydarzeń, jest negatywny. Państwo jako takie może być postrzegane jako byt rządzony przez ludzi niekompetentnych (lub nawet ukrytych obcych agentów), którzy nie chcą lub nie potrafią zadbać o podstawowe rzeczy takie jak bezpieczeństwo obywateli, w tym również o ochronę ich danych. Więc czy zwykły Kowalski będzie miał zaufanie do władzy państwowej? I czy w ogóle będzie widział sens głosowania w wyborach, skoro później ludzie „na wysokich stołkach” nie traktują swojej pracy poważnie? Można mieć co do tego poważne wątpliwości. Tym bardziej, że wyciek danych, o którym była mowa wcześniej, nie był jedynym w ostatnich latach. W roku 2023 nastąpiły wycieki danych z ALAB laboratoria, Allegro, serwisów pocztowych WP i Onetu.
Bezpieczeństwo danych osobowych nie jest jedynym zagadnieniem, z którym władze państwa polskiego sobie nie radzą. Okazuje się, że po upływie ponad czterech lat od rozpoczęcia wojny na Ukrainie, Polska nie posiada solidnej ochrony przed atakami z powietrza, zarówno rakietowymi, jak i wykonywanymi przy użyciu dronów. System obrony przeciwlotniczej, który miał powstać wiele lat temu, i na który jako podatnicy płacimy ciężko zarobione pieniądze, nadal jest w powijakach. Żeby było „śmieszniej”, okazało się niedawno, że nasz skromny zapas rakiet do systemów Patriot, został w dużej mierze rozdany Ukrainie. I na dodatek każde większe polskie miasto nie ma żadnej ochrony przed atakami z powietrza. Gdyby teraz Polska była w stanie wojny, konsekwencje byłyby katastrofalne.
Obym jak najszybciej doczekał się sytuacji, gdy władzę w Polsce przejmą ludzie kompetentni i odpowiedzialni. I gdy nie będzie już mowy o państwie z dykty. Bo taki stan rzeczy, jaki jest obecnie, stanowi zagrożenie nie tylko dla bezpieczeństwa, ale nawet życia zwykłych obywateli. To status quo jest nie do obrony i wymaga pilnej zmiany. Bo jeśli tak się nie stanie, słowo „bezpieczeństwo” dla obywateli Polski będzie brzmieć tylko jak marzenie albo jak ponury żart.
POLTERGEIST
