W setną rocznicę zamachu stanu z 12 maja 1926 roku, dokonanego z inspiracji Józefa Piłsudskiego, warto odrzucić eufemizmy i przyjrzeć się mechanizmom, które wówczas trwale zatruły polskie życie publiczne. Choć podręczniki mówią oględnie o „przewrocie”, w istocie był to brutalny „skok” na państwo, przeprowadzony przez środowisko, które wyżej niż literę prawa postawiło lojalność wobec swojego politycznego „Bossa”.
Podkreślmy przede wszystkim fakt fundamentalny: maj 1926 roku był zbrojną agresją na legalne organy Rzeczypospolitej i cywilizowaną zasadę rozstrzygania sporów w granicach prawa. Bilans tej „akcji” to w pierwszej kolejności jej ofiary: 379 zabitych (w tym 164 postronnych cywilów) oraz blisko tysiąc rannych. Wydarzenia z 12 maja postrzegam jako wyraz słabości, a nie siły; była to bratobójcza walkę o wpływy, w której argument siły niestety zastąpił siłę argumentu.
Sanacyjna apologia od dekad serwuje tę samą linię obrony: chaotyczna „sejmokracja” i kryzysy gabinetowe miały rzekomo zmuszać Marszałka do „uzdrowienia” sytuacji. Jednak nawet jeśli diagnoza o słabości ówczesnego polskiego parlamentaryzmu była trafna, to już metoda jej leczenia przypominała gangsterską ofertę nie do odrzucenia. Piłsudski ustanowił precedens przymusu i przemocy jako pełnoprawnego instrumentu politycznego.
Najbardziej trwałym i złowrogim dziedzictwem zamachu nie była zmiana konstytucji, lecz utrwalenie modelu „państwa swoich”. Rządy pułkowników w praktyce oznaczały budowę struktury opartej na bezwzględnej lojalności wobec „Belwederu”. Kluczowe stanowiska w administracji i wojsku zaczęto obsadzać według klucza, który przeciwnicy celnie określili zasadą „mierny, bierny, ale wierny”. Była to klasyczna promocja „ludzi aparatu”, dla których jedyną legitymacją była wierność wodzowi – mechanizm ten demaskował m.in. Tadeusz Dołęga-Mostowicz w swojej słynnej powieści o Nikodemie Dyzmie (za co zresztą zapłacił cenę w postaci pobicia przez „nieznanych sprawców”).
Po 1926 roku aparat represji stał się stałym elementem krajobrazu. Opozycję zwalczano metodami, które bardziej niż do parlamentu pasowały do porachunków grup interesu, a za złamanie „zmowy milczenia” karano zastraszaniem, aresztowaniami i jawną przemocą. W 1930 roku Piłsudski osobiście podyktował „listę proskrypcyjną” posłów, których następnie uwięziono w Brześciu. Finałem tej logiki był proces brzeski i utworzenie w 1934 roku Berezy Kartuskiej – niesławnego obozu odosobnienia, będącego administracyjnym „czarnym punktem” na mapie II RP, gdzie bez wyroku sądu, w strasznych warunkach bytowych łamano kręgosłupy przeciwnikom sanacji, w tym m.in. narodowcom.
Szczególnie wymowna była mściwość „Dziadka” wobec oficerów-legalistów, którzy w maju 1926 roku dochowali wierności przysiędze. Ci, którzy nie chcieli uznać autorytetu „Bossa” ponad Konstytucją, stali się celem systemowej zemsty. Generał Tadeusz Rozwadowski – faktyczny zwycięzca znad Wisły z 1920 r. – po zamachu trafił do więzienia, skąd wyszedł wyniszczony i wkrótce zmarł w tajemniczych okolicznościach (podejrzewano otrucie). Inny wierny państwu dowódca, generał Włodzimierz Zagórski, zaginął bez śladu w 1927 roku. Większość historyków nie ma wątpliwości: była to polityczna likwidacja niewygodnych świadków i konkurentów. Sanacja wysłała jasny sygnał: sprzeciw wobec wodza nie jest dopuszczalny, a za „zdradę” lidera grozi najwyższa kara.
Sto lat później widać, jak bardzo ta lekcja zatruła polskie życie publiczne. Kolesiostwo, „swoi” na stanowiskach, lojalność ponad kompetencjami, stosowany coraz chętniej mechanizm cenzury i represji wobec krytyków – to wszystko jest naszym udziałem również dziś. Demokracja i republikanizm bywają trudne, powolne w działaniu, generujące konflikty, ale, jak zauważył Churchill, niczego lepszego dotychczas nie wymyślono. Maj 1926 roku był odejściem od tej zasady, co do dziś odbija nam się czkawką.
Jan Wolski
