Żyjemy w epoce walki o dominację nie tylko nad rzeczywistością, ale nad sposobem, w jaki o niej mówimy. Pojęcia takie jak szowinizm, faszyzm, patriotyzm, nienawiść, czy miłość coraz częściej pojawiają się w debacie publicznej bez definicji, bez kontekstu, bez odpowiedzialności. Zamiast opisywać, służą do oceniania. Zamiast informować — mają wywoływać emocje. Problem zaczyna się tam, gdzie abstrakcyjne pojęcia zaczynamy traktować jak realne byty. Ludzie w swej masie nie używają w polemice pojęć których definicję znają, a jedynie zbitki pojęciowe zaczerpnięte z masmediów. Prowadzi to do stawiania tez nielogicznych, a czasem wręcz absurdalnych jak np. łączenie nazizmu, faszyzmu, nacjonalizmu i szowinizmu. Jest to właśnie zbitka pojęciowa gdzie różne byty są stosowane wymiennie jako równoznaczne inwektywy bez oglądania się na definicje i prawdę.
„Szowinizm” definicja obowiązująca – to postawa charakteryzująca się skrajnym, bezkrytycznym uwielbieniem dla własnej grupy, narodu, płci, religii itp., połączona z pogardą lub wrogością wobec innych grup. Termin ten pochodzi od nazwiska fikcyjnego francuskiego żołnierza Nicolasa Chauvina, który był przedstawiany jako fanatycznie oddany cesarzowi Napoleonowi, absurdalnie lojalny i bezkrytyczny nawet gdy imperium upadało. Z czasem „chauvinisme” zaczęto używać na określenie ślepego patriotyzmu, a potem także innych form lojalności.
Szowinizm w wersji pierwotnej był bardziej zawężony i ideologicznie neutralny niż współcześnie i odnosił się do bezkrytycznej lojalności i uwielbienia wobec własnego narodu nie włączając w to pojęcie religii, płci itp. Był to więc bardziej przymiotnik stopniujący zaangażowanie emocjonalne niż jak się twierdzi obecnie (z gramatycznego punktu widzenia) „rzeczownik abstrakcyjny”. Wprowadza to pojęcie przymiotnikowe i gmatwa możliwości percepcyjne i polemiczne. Tymczasem ontologicznie nie jest to żaden istniejący fizycznie byt w sensie gramatycznym – rzeczownikowym lecz postawa, idea, zjawisko psychiczne lub społeczne. Dlatego należy mieć świadomość, że zamazywanie różnicy między gramatyką a ontologią prowadzi do zamętu semantycznego. Używanie słowa szowinizm tak, jakby był żywym bytem działającym w świecie realnym jest błędem logicznym, który nazywa się:
Reifikacja – uznanie czegoś abstrakcyjnego za coś realnie istniejącego (np. troll, yeti czy sprawiedliwość społeczna) .
Dygresja – nie istnieje nic takiego jak „sprawiedliwość społeczna”, bo jeśli coś jest sprawiedliwe dla społeczeństwa, a niesprawiedliwe dla jednostki, to traci znamiona sprawiedliwości i staje się inną formułą np. propagandą lub normatywem prawnym (jak wiadomo prawo nie zawsze jest sprawiedliwe), ale nie sprawiedliwością, gdyż ta musi być takową dla każdej składowej społeczeństwa, czyli właśnie dla jednostki, w ten sposób wymuszając sprawiedliwość dla bytu zbiorowego jakim jest społeczeństwo.
W klasycznej filozofii bytem nazywano to, co istnieje naprawdę. Może to być człowiek, zwierzę, rzecz materialna, a w ujęciu metafizycznym także dusza lub bóg. Natomiast pojęcia takie jak „szowinizm” czy „sprawiedliwość” nie są bytami — to konstrukty myślowe, abstrakty, które istnieją tylko w umyśle i języku. Przykłady:
Egoizm – rzeczownik, ale niekoniecznie cecha, może być postawą chwilową.
Patriotyzm – postawa, niekoniecznie trwała cecha charakteru .
Szowinizm – teoretycznie rzeczownik, jednak określający postawę, sposób myślenia, ergo jest to gramatyczna kategoria, która nie jest równa filozoficznej istocie tego pojęcia. To są dwie różne rzeczy. Szowinizm NIE jest bytem — to abstrakt, postawa psychiczna, wytwór języka i kultury, a więc powinien być uznany bardziej za przymiotnik stopniujący zaangażowanie niż za – dziwna formuła – „rzeczownik abstrakcyjny”.
Oryginalnie „szowinizm” oznaczał ślepą lojalność wobec własnego narodu. Dopiero w XX wieku (szczególnie po II wojnie światowej) zaczęto używać terminu „szowinizm męski”, głównie w środowiskach feministycznych. Wtedy zaszło świadome rozszerzenie semantyczne promowane przez lewackie środowiska intelektualne, ale także środowiska publicystyczne i akademickie jawnie już coraz bardziej lewicujące. Słowo stało się pejoratywem i nośnikiem krytyki wobec dominującej grupy społecznej. Takie rozszerzanie doprowadziło do zamazywania sensu i inflacji znaczeniowej. Warto odróżniać szowinizm od np. seksizmu czy nacjonalizmu zamiast wrzucać wszystko do jednego worka. Często ktoś (autor, środowisko, ideologia) zapoczątkowuje przesunięcie, które później zostaje przyjęte powszechnie — ale to nie znaczy, że było to uzasadnione logicznie czy semantycznie. Mamy prawo – i rację – żądać precyzji pojęciowej, zwłaszcza gdy język używany jest do opisu zjawisk społecznych lub politycznych.
Rzeczowniki opisują rzeczy, byty, zjawiska (np. „drzewo”, „partia polityczna”, ” burza”), przymiotniki opisują cechy, np. „zielony”, „męski”, „szowinistyczny”.
Jeśli coś jest postawą lub sposobem działania, to niekoniecznie można to opisać jako rzecz (byt), więc nazywanie tego rzeczownikiem bywa naciągane semantycznie.
To ułatwia manipulację — bo zamienia relację lub działanie w coś „istniejącego”, co można „mieć”, „bronić”, „atakować”, „przypisywać” itd. Rozciąganie pojęć prowadzi do rozmycia granic i pojęciowego chaosu.
W efekcie przestajemy wiedzieć, co kto naprawdę mówi, bo słowa stają się ideologicznymi narzędziami zamiast logicznymi narzędziami opisu. To zjawisko było już opisywane przez min. Rafała Ziemkiewicza. Dlatego powinniśmy domagać się precyzji pojęciowej – np. odróżniać szowinizm od seksizmu, nacjonalizmu, egocentryzmu itd. Odrzucać ideologiczne użycia słów tam, gdzie są nieuzasadnione logicznie. Używać terminów zgodnych z ich pierwotnym znaczeniem, nie z ich „wygodą medialną”.
Co możemy zrobić żeby debata publiczna zmieniła się w merytoryczny spór, a nie była semantycznym pojedynkiem, w którym tym samym pojęciom przypisujemy zupełnie inne znaczenia?
– Domagać się precyzji językowej i ontologicznej,
– Oddzielać pojęcia abstrakcyjne od bytów,
– Odrzucać „istnienie” idei jako rzeczy samodzielnych,
– Demaskować reifikację, gdzie słowa stają się „istotami” (co bywa wygodne dla ideologów, a nie dla myślących ludzi).
Szowinizm to nie byt – to abstrakcyjna postawa. Mówienie o nim, jakby istniał „samodzielnie”, to błąd filozoficzny i językowy. Taki sposób mówienia sprzyja ideologizacji i manipulacji, mówić i myśleć precyzyjnie, nie ideologicznie. I tak używanie zbitek pojęciowych jak np.
– „Szowinizm rośnie w siłę” Reifikacja abstraktu (powinno być) „Coraz więcej ludzi przejawia szowinistyczne postawy”.
– „To jest faszyzm!” Użycie jako obelgi, bez definicji (zamiast) „To działanie nosi cechy autorytarnej kontroli”.
– „Miłość zwyciężyła nienawiść” Uosobienie emocji „Ludzie wybrali postawę pojednania zamiast odwetu”.
Nie zgadzam się na zmianę znaczeń słów tylko dlatego, że „tak się dziś mówi”. Jeśli nie bronimy sensu słów, to nie możemy już prowadzić żadnego sensownego dialogu. Dlatego nie możemy pozwolić na dowolne przekształcanie znaczeń słów. W świecie, w którym słowa zmieniają znaczenie szybciej niż zdążymy je zrozumieć, warto zadać pytanie fundamentalne: czy język jeszcze służy opisowi rzeczywistości, czy już tylko narzucaniu wizji świata? Jeśli przestaniemy bronić sensów pojęć, przestaniemy również rozumieć samych siebie — i to nie jest przesada. Słowa tracą swój pierwotny sens nie przypadkiem. Zacieranie granic między tym, co realne a tym, co ideologiczne, to skuteczne narzędzie kontroli dyskursu. Jeśli nie wiadomo, czym dokładnie jest „faszyzm” albo „nienawiść”, można tym nazwać wszystko i każdego — a nikt nie może się bronić, bo definicja nie istnieje, bądź jest rozmyta i przekłamana w świadomości interlokutora. Broniąc sensu słów, bronimy zdolności do rozumienia. W świecie, gdzie „wszystko może znaczyć wszystko”, nie sposób rozpoznać prawdy. Tylko uczciwość językowa umożliwia uczciwy dialog. Jeśli nie zaczniemy wymagać jej od siebie i innych, zostaniemy uwięzieni w świecie słów bez rzeczy — a to już nie jest język, tylko propaganda i erystyka.
Ten artykuł nie jest skierowany przeciwko nowoczesności. Jest skierowany przeciwko tym środowiskom lewicowym, które w sposób świadomy doprowadziły do bałaganu w głowach ludzi, a który to bałagan zaczyna się w mowie i w zakłamywaniu pojęć, rozszerzaniu definicji często tak daleko, że pojęcia tracą swoje pierwotne znaczenie. Nie żądam powrotu do klasycznej łaciny, ale chcę języka nie zakłamanego, bez cenzury, klarownego, poprawnie zdefiniowanego, bez pułapek.
Język to nie lepka substancja lepiona w dowolny sposób przez polemistów – to zdecydowanie fundament, na którym możemy budować prawdę i porozumienie, bo tylko taki język pozwala myśleć naprawdę. A bez myślenia nie ma wolności.
Przemysław Majkowski
