Ogłoszenie roku 2026 Rokiem Sergiusza Piaseckiego uważam za wyjątkowo trafne. To nie tylko symboliczny ukłon w stronę barwnego pisarza z czasów Drugiej Polski. Wybór tego właśnie Patrona na czas, w którym Polacy znów muszą mierzyć się z wojną za wschodnią granicą, z agresywną, „piorącą mózgi” propagandą, z kryzysem tożsamości i pokusą wygodnego relatywizmu – wydaje się odpowiadać naszym obecnym potrzebom. W tym kontekście Piasecki wraca nie jako literacka ciekawostka, lecz jako ktoś, kto już dawno opisał mechanizmy, które dziś znów widzimy w ruchu.

Gest prezydenta Nawrockiego, który wręczył Krzysztofowi Stanowskiemu Zapiski oficera Armii Czerwonej, był czytelny: oto książka, która w formie satyry odsłania logikę sowieckiego imperializmu lepiej niż niejedna współczesna analiza mentalności naszych wschodnich sąsiadów. To nie jest tylko „śmieszna książka o sowiecie”. To również podręcznik sposobu myślenia, który wciąż – niestety – napędza działania Kremla.

Polak z wyboru, nie z metryki

Sergiusz Piasecki nie urodził się w polskim domu, nie wychował się w polskiej szkole, nie nasiąkał od dziecka polską kulturą. Od małego otaczał go za to żywioł białoruski. Był synem zruszczonego, zubożałego szlachcica, a języka polskiego nauczył się dopiero około dwudziestego roku życia. Mógł przecież pójść w stronę rosyjskości, mógł też zostać „człowiekiem pogranicza” bez wyraźnej przynależności, a nawet pełnokrwistym, sowieckim internacjonalistą. Tymczasem postawił na polskość – i nie była to tylko etykieta, lecz wybór cywilizacyjny.

W jego biografii uderza właśnie to: polskość nie była dla niego czymś oczywistym, lecz czymś zdobytym. Nie jest to historia typu: „urodziłem się Polakiem, więc nim jestem” (czy chcę, czy nie), a raczej: „zobaczyłem, czym jest Polska – i postanowiłem być jej wiernym”. W czasach, gdy tożsamość bywa traktowana jak ubranie, które można zmienić, gdy już się nam znudzi, zabrudzi, zużyje, Piasecki przypomina, że naród to nie dekoracja, lecz zobowiązanie.

Nie był przy tym autor Zapisków postacią pomnikową, spiżową, bez skazy – na swojej życiowej drodze parał się również rzeczami mało szlachetnymi. Był przemytnikiem, bandytą, często uciekał się do przemocy – nawet jeśli była to przemoc w stylu Janosika, czy Robin Hooda. A jednak ostatecznie dokonał właściwego wyboru.

I zapłacił za ten swój wybór wysoką cenę: ryzykiem, więzieniem (w którym nauczył się polskiego i zajął się pisarstwem), tułaczką bez pieniędzy, wreszcie emigracją. Raz opuściwszy Polskę po II WŚ, już nigdy do niej nie powrócił. I nie dziwota – swoją jednoznaczną antykomunistyczną postawą wydał na siebie wyrok „Polaków” (tych przywiezionych zza wschodniej granicy na przysłowiowych sowieckich tankach…). Jego książki były objęte za czasów PRL ścisłą cenzurą. Ale właśnie dlatego jego polskość jest tak wiarygodna. Bo nie była wygodna, ani oczywista. Była za to wymagająca i często bolesna.

„Zapiski oficera Armii Czerwonej” – instrukcja obsługi imperium

Zapiski oficera Armii Czerwonej można czytać na kilku poziomach. Na tym najpłytszym – to zabawna satyra: prosty, zadufany w sobie oficer, który zderza się z polską rzeczywistością, nie jest w stanie jej zrozumieć. Nie mieści mu się ona w głowie… Śmiejemy się z jego prymitywizmu, z jego ślepej wiary w propagandę, z jego przekonania o własnej wyższości.

Ale pod tą warstwą humoru kryje się coś znacznie poważniejszego. Piasecki pokazuje mentalność człowieka wychowanego w systemie, który gardzi jednostką. Wolność nie jest tam wartością, a czymś wręcz podejrzanym, niepożądanym, szkodliwym. Dla krasnoarmiejca Zubowa liczy się tylko siła i kolektywna „mądrość etapu”. Misja dziejowa jego imperium nie dopuszcza autorefleksji. Zresztą po cóż im ona… To, co należy myśleć, mają włożone niemalże „łopatą do głowy”. Kłamstwo, podstęp, mniej lub bardziej uświadomione, są tu traktowane jako normalne narzędzie polityki.

Michaił Zubow nie jest tylko postacią literacką. To typ ludzki – uosobienie sposobu myślenia, który przetrwał upadek ZSRR, wszelkie reformy, „resety” i wszystkie kolejne odsłony  rosyjskiej polityki. Kłaniam nam się homo sovieticus w czystej postaci. Dlatego właśnie Zapiski nie zestarzały się ani o dzień. Czytane dziś, brzmią jak komentarz do współczesnych wydarzeń. Niestety…

Lekcja tożsamości: polskość jako wybór i praca

Piasecki mówi nam coś niewygodnego: polskość nie jest oczywistością, czymś, „co się nam po prostu należy” – jak raczyła się kiedyś wyrazić pani Szydło. On sam musiał nauczyć się języka, wejść w naszą kulturę, zrozumieć trudną polską historię. Wreszcie – przyjąć na siebie konsekwencje tego wyboru.

Dla współczesnych Polaków, żyjących w świecie globalnych platform, rozmytych granic i łatwych ucieczek w „tożsamość jednostki”, jest to mocne przypomnienie. Naród nie jest zbiorem przypadkowych jednostek, które akurat mieszkają na tym samym terytorium. Jest wspólnotą pamięci, wartości i zobowiązań. Można się od nich odwrócić, lub je po prostu ignorować – ale wtedy nie dziwmy się, że rzeczywistość wokół nas zmienia się niekoniecznie w dobrą stronę.

Piasecki pokazuje, że polskość wymaga wysiłku: poznania własnej historii, zrozumienia sąsiadów, świadomości zagrożeń, gotowości do obrony. To nie jest określony „styl życia”. To decyzja cywilizacyjna.

Lekcja wolności: nie slogan, lecz obowiązek

Dla Piaseckiego wolność nie była abstrakcyjnym hasłem. Nie była też „prawem do robienia, co mi się podoba”. Była konkretnym doświadczeniem: wolność albo jest broniona, albo jest odbierana. Nie ma trzeciej drogi.

W jego życiu widać to bardzo wyraźnie: udział w wojnie polsko-bolszewickiej – po słusznej stronie, następnie konspiracja, praca wywiadowcza dla II RP, ryzyko i liczne brawurowe akcje, więzienie, emigracja… To nie są losy człowieka, który traktuje wolność jako wygodny dodatek do życia. To losy kogoś, kto rozumie, że wolność kosztuje, i to niemało.

W świecie, w którym wolność bywa sprowadzana do konsumpcji i indywidualnych wyborów, Piasecki przypomina, że prawdziwa wolność jest zawsze związana z odpowiedzialnością. Za słowa, za czyny, za kraj.

Lekcja realizmu: zło trzeba nazwać po imieniu

Piasecki nie miał złudzeń co do natury rosyjsko-sowieckiego imperializmu. Nie wierzył w rzeczy takie, jak „partnerstwo strategiczne”, „nowe otwarcie”, „dialog cywilizacyjny”, który miałby zmienić istotę imperium. Rozumiał, że system, który oparto na przemocy, kłamstwie i pogardzie dla „polskiego pana” nie stanie się nagle normalnym państwem, tylko dlatego, że zmieni swoją flagę, hymn czy nazwę.

Jest to lekcja szczególnie aktualna dziś, gdy część opinii publicznej wciąż szuka niuansów, „odcieni szarości” i „zrozumienia rosyjskiej perspektywy”. Piasecki nie był rusofobem, antykomunistą z zasady. Był realistą, który widział, jak wygląda praktyka imperialnej polityki. I opisał ją na tyle autentycznie, że trudno się dziś zasłaniać niewiedzą.

Humor jako broń przeciw kłamstwu

Warto zauważyć jeszcze jedno: Piasecki nie walczył z kłamstwem wyłącznie patosem. Używał śmiechu. Zapiski oficera Armii Czerwonej są momentami wręcz farsowe – ale to śmiech, który rozbraja propagandę. Bo nic tak nie niszczy fałszywego patosu jak dobrze wymierzona ironia.

W czasach, gdy propaganda znów próbuje kształtować rzeczywistość, gdy memy i krótkie filmiki bywają skuteczniejsze niż poważne analizy, Piasecki okazuje się zaskakująco nowoczesny. Pokazuje, że śmiech może być aktem oporu – pod warunkiem, że stoi za nim prawda, a nie cynizm.

Patron na rok 2026 – i dalej

Dlaczego więc to właśnie Sergiusz Piasecki jest dobrym patronem na rok 2026? Bo łączy on w sobie kilka cech, których dziś dramatycznie potrzebujemy: świadomość historyczną, odwagę cywilizacyjną, realizm polityczny, poczucie humoru i głębokie rozumienie tego, czym jest polskość.

Był Polakiem z wyboru, a nie z urodzenia. Wiedział, że wolność nie jest dana raz na zawsze. Rozumiał, że imperium nie przestaje nim być tylko dlatego, że zmienia swoje dekoracje. A potrafił to wszystko opisać tak, że jego słowa wciąż brzmią świeżo.

Rok Piaseckiego może być okazją, by do jego postaci powrócić, uważnie się jej przyglądając – nie tylko jako autorowi „śmiesznej książki o sowiecie”, ale jako przewodnikowi po świecie, w którym znów trzeba wybrać, po której jesteśmy stronie. I w którym polskość znów okazuje się nie tyle zastanym faktem, co świadomą decyzją.

Jan Wolski