Są teksty, które się nie starzeją i mimo upływu czasu zadziwiają trafnością spostrzeżeń, bezbłędną oceną zjawisk i diagnozą problemów. Do takich zaliczam pisma prof. Feliksa Konecznego odnoszące się do szeroko rozumianych problemów ustrojowych, w tym biurokracji i patologicznego rozrostu prawodawstwa. Tak, jak chętnie i często cytujemy dziś Orwella, tak równie często winniśmy przypominać choćby „Elephantiasis prawodawczą” Konecznego – tekst z 1936 r. („Myśl Narodowa”, nr 55, 1936).

Tytułowa elephantiasis, czyli słoniowatość, to chorobliwy przerost organu, do nadzwyczajnych, utrudniających życie rozmiarów. W tym wypadku dotyczy to prawa i organizmu państwa. I choć współczesny europejczyk zapewne zdziwi się, że krakowskiemu historykowi już w 1936 r. ilość stanowionego prawa zdała się niemożliwą do przyswojenia, a tym samym – przestrzegania, to jednak trafnie wskazał on panujący w biurokracji trend i jego źródła. Formujący się na jego oczach typ państwa etatystycznego i omnipotentnego, dążącego do uregulowania wszelkich dziedzin życia, nazwał państwem wścibskim.

Na marginesie warto zwrócić uwagę, że przez ostatnie 8 lat państwo nasze było nie tylko wścibskie ponad miarę, gromadzące ogromne ilości informacji o obywatelach (ewidencja źródeł ciepła to tylko jeden z wielu przykładów), ale i niedyskretne. I nie mam tu na myśli li tylko karygodnego postępku ministra Niedzielskiego (ujawnienie, z politycznych wyłącznie pobudek, informacji o recepcie, pośrednio więc o chorobie, osoby, z którą był w sporze), ale także masowe odtajnianie dokumentów państwowych, w tym wytworzonych przez służby specjalne, by następnie użyć ich do celów walki politycznej, w serialu „Reset” lub raporcie komisji do spraw wpływów rosyjskich.

Do Konecznego wszakże wracając – wskazuje on na oczywistą, od starożytności znaną zasadę, wyrażającą się w maksymie quid leges sine moribus (cóż znaczą prawa bez obyczajów). Prawo spełnia rolę drugorzędną wobec politycznej i prawnej kultury, z której poszanowanie tegoż prawa wynika. Jeśli kultury tej brakuje żadne prawo skutecznym nie będzie. Nie ma bowiem przepisu, którego nie dałoby się obejść, zneutralizować czy anulować. Powstrzymać przed tym mogą tylko sumienie i etyka. Stawianie prawa w miejsce etyki i sumienia skutecznie zabija te ostatnie. „Między sumieniem a prawem – pisze Koneczny – zachodzi ta różnica, że sumienia nie oszukasz, a prawo możesz obejść doskonale, w sposób prawa nie naruszający, a zatem bezkarnie”. Niestety, kultura prawna i polityczna w niepodległej Polsce zawsze pozostawiała wiele do życzenia, a lista „prawników” pozbawionych zahamowań w psuciu prawa jest długa, od Jego Interpretatorckowo Wieliczestwa Stanisława Cara, poprzez Lecha Falandysza, na Marku Chmaju – autorze pomysłu odwołania głowy państwa w referendum – kończąc.

Jako przykład patologii prawodawstwa i zastępowania etyki przepisami, ale także wkraczania prawa w obszar emocji, empatii, życzliwości i okazywania uczuć, chcę wskazać przepisy, które wkrótce wejdą w życie i być może trwale zmienią nasze zachowanie w tych sferach. Mam na myśli tzw. „ustawę Kamilka”, czyli prawo, które uchwalono pod wpływem wprawdzie tragicznego, ale pojedynczego zdarzenia, jakim była śmierć maltretowanego przez ojczyma ośmiolatka.

Koneczny pesymistycznie zauważał, że wokół zarówno przerostu prawa, jak i ingerencji państwa w różne dziedziny życia, panuje swoisty konsensus wszystkich sił politycznych. Różnią się one jedynie co do treści i sposobu regulacji, nie zaś co do samej idei. Warto więc w tym miejscu zauważyć, że w przypadku tzw. „ustawy Kamilka”, znalazło się polityczne stronnictwo, które nie uległo powszechnej histerii, wskazało na jej potencjalnie niebezpieczne zapisy, zwiększające choćby samowolę urzędników i ułatwiające np. odbieranie dzieci rodzicom. Ugrupowaniem tym była Konfederacja, która jako jedyna, w całości opowiedziała się przeciwko ustawie.

Lektura tych przepisów rodzi wrażenie, jakby ich autorzy prześcigali się w pomysłach, co by tu jeszcze uregulować, zupełnie nie zastanawiając się nad faktycznymi potrzebami tychże regulacji i ich konsekwencjami. Jednym z „wynalazków” tej ustawy są tzw. standardy ochrony małoletnich. Pod pojęciem tym kryje się dokument, który będą musiały opracować i wdrożyć wszystkie placówki oświatowe, opiekuńcze, wychowawcze, medyczne oraz prowadzące działalność sportową, rekreacyjną i inną związaną z małoletnimi. W dokumencie placówka będzie musiała określić katalog zachowań wobec dzieci niedozwolonych. Zatem, przelane na papier zostaną, zyskując rangę prawa wewnętrznego, dotychczasowe normy społeczne takie jak zakaz używania przemocy słownej i psychicznej (fizyczna zakazana jest w kodeksie karnym), poniżania czy zachowań mających kontekst seksualny.

Dotąd w placówkach oświatowych obowiązywała, na podstawie Karty nauczyciela, ogólna zasada, że zabronione są czyny naruszające prawa i dobro dziecka. Norma ta sprawdzała się dobrze, a polskiej szkole zarzucić można wiele, ale nie to, że jest wobec uczniów przemocowa. Obecnie zaś w każdej placówce powstać ma lista zachowań niepożądanych. Mniej martwi mnie, że może być ona np. niepełna, że nie znajdą się na niej jakieś zachowania, które tym samym będą dopuszczalne. Przed tym ochronią nas normy społeczne i czujność rodziców. Bardziej niepokoi mnie, że w dzisiejszych czasach politycznej poprawności za niepożądane zostaną uznane zachowania dotąd akceptowane i poniekąd naturalne. Ot, choćby przytulenie dziecka. Czy jest to zachowanie pożądane, czy nie? Przytulenie płaczącego malucha to odruch naturalny, ale przytulanie 15-latki przez nauczyciela mężczyznę wydaje się już niewłaściwe. Jednak, jeśli ten mężczyzna to np. nauczyciel wychowania fizycznego ściskający w euforii swoje uczennice po wygranym meczu – spojrzymy na to inaczej.

Zapewne wszyscy, w pierwszym odruchu uznamy, że wchodzenie nauczyciela do uczniowskiej toalety jest działaniem niepożądanym, naruszającym prywatność. Rodzi się jednak wątpliwość: czy wskutek tego toaleta ma być miejscem eksterytorialnym, gdzie nie sięga nadzór nauczyciela? Kto zatem będzie odpowiadał za ewentualne patologie, które mogą się tam wydarzyć.

Wątpliwości takie można mnożyć: wszak krytyka zachowania ucznia albo jego postępów w nauce może zostać uznana za jego poniżanie, a rozdzielenie bijących się nastolatków – za użycie wobec nich siły fizycznej.

Jak widać nie sposób jest w dynamicznej szkolnej rzeczywistości określić precyzyjnie niewłaściwe zachowania, gdy w istocie nie samo zachowanie, ale jego intencja i sytuacyjny kontekst przesądzają o jego niewłaściwości. Jednakże ustawowy wymóg tworzenia list zachowań niewłaściwych – dodatkowo obwarowany sankcja karną za ich brak – grozi wylaniem dziecka z kąpielą i sprawi, że zwykłe, naturalne okazanie serdeczności stanie się podejrzane lub wręcz zabronione.

Tak dzieje się, gdy państwo wkracza i usiłuje szczegółowo regulować kwestie należące do sfery etyki. Standardy te staną się więc niewątpliwie narzędziem w rękach zideologizowanych aktywistów, roszczeniowych rodziców czy skonfliktowanych między sobą pedagogów. Z pewnością też nie poprawią bezpieczeństwa dzieci, bo nie zależy ono od najlepiej nawet skonstruowanych przepisów, tylko ludzkiej przyzwoitości, wrażliwości, poczucia obowiązku. Przysporzy za to omawiana ustawa biurokratycznej mitręgi w szkołach, a pojedyncze przypadki zgłaszania naruszeń standardów ochrony małoletnich będą miały wpływ na zachowanie ogółu pedagogów, które stanie się jeszcze bardziej asekuracyjne.

Warto w tym miejscu, tytułem konkluzji, zacytować najbardziej chyba trafne spostrzeżenie autora „Elephantiasis prawodawczej”: „Im więcej praw, tym mniej prawości”. Idealnie podsumowuje ono niniejsze rozważania i niestety nie nastraja optymistycznie na przyszłość.

Adam Szelfer