Zjawisko zakłamywania i przeinaczania pojęć to najpoważniejszy problem obecny w dyskusji publicznej. W dzisiejszych czasach relatywizacji faktów, zmiany znaczeń słów, stosowania postprawdy oraz presji emocjonalnej rozmówców, słowa tracą swoje pierwotne znaczenie i stają się narzędziem walki ideologicznej, a nie sposobem porozumiewania. W tym artykule chcę podjąć problem tego, w jaki sposób współczesna politologia, zwłaszcza akademicka, uczestniczy w tym procesie. Paradoksalnie środowisko, które powinno stać na straży precyzji i obiektywizmu, często samo staje się źródłem semantycznego chaosu.

Klasyczna filozofia zakładała, że pojęcia mają swoje obiektywne zakorzenienie w rzeczywistości i chrześcijańskim porządku moralnym wyznaczonym przez Dekalog. Prawda, dobro, sprawiedliwość, ale również kłamstwo, zło i niesprawiedliwość były traktowane jako realne wartości poddawane refleksji etycznej i moralnej. Tymczasem współczesna politologia relatywizuje pojęcia, dostosowując je do kontekstu ideologicznego odpowiadającego idei wyznawanej przez dane środowisko. W praktyce prowadzi to do sytuacji, w której rozmówca nie opisuje rzeczywistości, tylko ją konstruuje zgodnie z agendą ideologiczną, ewentualnie robi to na polityczne zamówienie. Taką formułę można określić jako konstruowanie pojęć na zamówienie oraz redefiniowanie pojęć klasycznych w nowe formuły, często stojące po przeciwnej stronie znaczeniowej oryginału . Przejawem tego procederu jest również „przymiotnikowanie ‘’ pojęć, na przykład w przypadku terminu „solidaryzm społeczny”. Czy to jest coś innego niż solidaryzm zwyczajny, międzyludzki? Mnożenie typów solidaryzmu poprzez dodawanie przymiotników nie precyzuje pojęcia, tylko je zaciemnia. Solidaryzm opisuje realny fakt współzależności ludzi: ich relacje, reakcje oraz odpowiedzialność jednych wobec drugich. Nie zmienia on swojej natury w zależności od kontekstu ideologicznego i nie występuje w wersjach odrębnych. Nie istnieją formy solidaryzmu jako różne byty i nie ma sensu tworzenie nowych pojęć i dokonywania później ich reifikacji. Jest to dalej jedno zjawisko, tylko poddane intelektualnej manipulacji mającej za zadanie wprowadzenie chaosu pojęciowego. Określenia takie jak „solidaryzm społeczny”, „narodowy” czy inny nie wskazują na odmienne mechanizmy relacji między ludzkich, a jedynie sprowadzają pojęcie uniwersalne i etycznie moralne do wąskich grup. W konsekwencji powodują że solidaryzm staje się… no właśnie czym? Lojalnością wobec grupy stawianą ponad etykę? Jestem narodowcem, a to znaczy, że wynoszę mój naród ponad inne. Jednak przecież także i w moim narodzie są ludzie głęboko nieetyczni i amoralni: zdrajcy. Czy i wobec nich stosuje się „solidaryzm narodowy”? Bo w pojęciu solidaryzmu „zwykłego ”, po prostu wykluczam ich z grona ludzi honoru i traktuję w najlepszym wypadku z pogardą. Czy może mam zapomnieć, że zdradzili ojczyznę i naród i w imię nowotworu językowego zwanego „solidaryzmem narodowym” przejść nad tym do porządku dziennego jakby nigdy nic? Czy raczej powinienem zachować kręgosłup moralny oparty na Dekalogu i wykluczyć takie indywidua z pojmowania wspólnoty narodowej, solidaryzując się po prostu z ludźmi wyznającymi te same wartości? Bez znaczenia jest ich pochodzenie etniczne, a ważna jest ich moralna postawa, wzorce kulturowe, historyczne oraz jedność mentalna z wyznawanymi przeze mnie i mój naród wartościami. Czy admirał Unrug, etniczny Niemiec, zasługiwał na solidaryzm ? A Karol Świerczewski – czy zasługiwał na solidaryzm narodowy? Bo na solidaryzm ”zwykły” w moim odczuciu NIE. Mówienie o typach solidaryzmu nie zmienia rzeczywistości, lecz klasyfikuje dyskusje pod kątem ideologii. To powoduje inflację terminologiczna, która sprawia wrażenie doprecyzowywania, a w rzeczywistości oddala nas od pierwotnego znaczenia pojęcia. Wpycha nas to w pułapkę zakłamanego tworu językowego niezdefiniowanego, a przez to coraz bardziej odległego od naszego rozumienia . Stąd już prosta droga do braku porozumienia. Dlatego nie istnieją różne solidaryzmy jako różne zjawiska społeczne – istnieje tylko jedno zjawisko oraz różne ideologiczne dopiski zmieniające podstawowe znaczenie według politycznego zamówienia. Wszystko natomiast wynika z kontekstu w zdania. Ta sama sytuacja dotyczy również np. sprawiedliwości: nie ma sprawiedliwości społecznej czy innej – jest tylko sprawiedliwość lub niesprawiedliwość.

Jednym z najbardziej niebezpiecznych aspektów współczesnej politologii jest nadawanie pozoru naukowości tezom zmanipulowanym ideologicznie. Nagminnie zdarza się że politolog występujący w roli eksperta używa autorytetu nauki by nadać pozory obiektywizmu analizie nie mającej odzwierciedlenia w rzeczywistości lecz stanowią projekcję jego światopoglądu oraz próbę naginania faktów do wcześniej przyjętych założeń.

W rezultacie nauka o polityce przestaje pełnić funkcję analityczno-opisową, a staje się narzędziem propagandy wspieranym autorytetem „naukowym” środowiska akademickiego ukształtowanego w myśl określonego światopoglądu .

Współczesna politologia coraz częściej rości sobie prawo do bycia hegemonem w decydowaniu które pojęcia mają obowiązywać w przestrzeni publicznej potępiając środowiska uznawane za „niepoprawne politycznie”. Określenia takie jak „demokratyczny”,” postępowy” ,”populistyczny” czy „konserwatywny”, przestają być obiektywne, a staja się etykietami stygmatyzującymi niefortunnych dyskutantów . Jedną z przyczyn takiego postępowania elit akademickich jest chęć przypodobania się władzy, ale najważniejszy imperatyw napędzający to postępująca ideologizacja środowiska, które nie pragnie już używać nauki w celu poznania prawdy, a staje na stanowisku utrwalenia określonego porządku ideowego. Z tego powodu nie możemy mówić o politologii jako o autentycznej nauce o polityce, gdyż w dyskusji w której rezygnujemy z poszukiwania prawdy uniwersalnej na rzecz doraźnych interesów i celów propagandowych staje się ona narzędziem propagandy. Politologia musi odzyskać status dyscypliny poznawczej, musi powrócić do korzeni czyli do etyki, logiki, poszanowania precyzji językowej oraz rzetelności metodologicznej. Bez tego będzie dalej uczestniczyć w procesie, który sama powinna demaskować – w procesie zakłamywania pojęć.

Przemysław Majkowski