Przez ostatnie pół roku nie cichną głosy w sprawie pani minister edukacji Barbary Nowackiej. Działo się tak dotąd głównie za sprawą forsowanych przez nią zmian w polskim systemie edukacji. Wielu Polakom nie przypadł bowiem do gustu, nie tylko pomysł zmniejszenia ilości godzin religii, ale przede wszystkim likwidacja nieobowiązkowego przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie” i zastąpienie go obowiązkowym przedmiotem „edukacja zdrowotna”.

Zwolennicy edukacji zdrowotnej mówią o potrzebie kształcenia w zakresie zdrowia i rozwoju. Jeden z kolegów partyjnych minister Nowackiej, poseł na sejm Marcin Józefaciuk, który uważany jest za autorytet w dziedzinie edukacji z racji wieloletniej pracy na stanowisku nauczyciela i dyrektora szkoły, na swoim profilu w mediach społecznościowych wielokrotnie pisał o tym, że edukacja zdrowotna to kompilacja wiedzy z wielu dziedzin – dietetyka, zdrowie psychiczne, zdrowie fizyczne itd. Nie zaprzeczył również, że jest i miejsce na zdrowie seksualne, jednocześnie podkreślając, że w sprawie edukacji zdrowotnej odbyły się konsultacje społeczne, a w zespole, który tworzył podstawę programową do przedmiotu pracował ksiądz. Jak podkreśla w swoim wpisie: „To nauczyciele prowadzą lekcje – a nie urzędnicy czy politycy” dodając, że: „Seksualizacja to wartościowanie przez pryzmat atrakcyjności seksualnej – nikt normalny nie będzie seksualizować dzieci tym bardziej w szkole”, czy „Nikt nigdy nie będzie uczył masturbacji w szkole – tylko idioci mogą pomyśleć, że może być inaczej.”

Sceptycy pomysłu minister Nowackiej natomiast kładą na stół wiele argumentów zaczerpniętych bezpośrednio z programu przedmiotu zawartego w rozporządzeniu. Jakie to argumenty? Dotyczą one przede wszystkim kontrowersyjnych zagadnień umieszczonych w programie, takich jak: stereotypy płciowe, propagowanie szczepień, ruchy antyszczepionkowe, orientacje psychoseksualne, tożsamość płciowa, cispłciowość, transpłciowość, wpływ zmian klimatycznych na zdrowie psychiczne, ruchy migracyjne, prawne aspekty funkcjonowania związków nieformalnych, naprotechnologia i in vitro, aborcja i uwarunkowania dotyczące przerywania ciąży, formy aktywności seksualnej, kwestie prawne i społeczne związane z przynależnością do grupy osób LGBTQ+. Zdaniem przeciwników pomysłu, nie są to kwestie, w które powinny ingerować szkoła czy państwo w jakikolwiek sposób. To rodzice są odpowiedzialni za wychowanie dzieci i jedynie oni mają prawo decydować o tym, jakie wartości przekazywane są ich dzieciom.

Dużą wątpliwość wzbudzają również w rodzicach kwestie państwowości, demokracji i patriotyzmu, które w programie zostały ujęte hasłowo:

– ” identyfikuje z czego możemy być dumni jako państwo i jako społeczeństwo”

– „identyfikuje współczesne zagrożenia dla demokracji i inicjatywy, które im przeciwdziałają”

-„formułuje opinię na temat pogłębiania i poszerzania integracji europejskiej”

W tym wypadku rodzice stanęli przed pytaniem, kto będzie decydował o tym jakie treści pod tymi hasłami się kryją. Każdy z nas bowiem ma prawo do własnych przemyśleń i poglądów w tym zakresie. Nikt nie powinien narzucać nam co mamy myśleć. Sami decydujemy co stanowi dla nas wartość.

W tym zakresie jako argument podnoszona jest również próba dodania edukacji zdrowotnej jako przedmiotu obowiązkowego, podczas gdy równolegle próbuje się okroić edukację młodzieży, chcąc połączyć w jeden, cztery bardzo ważne przedmioty : biologię, geografię, fizykę i chemię. Nietrudno zauważyć, że tym sposobem do naszej młodzieży jakże istotnej wiedzy, trafiłoby trzy razy mniej. Nie wspominając już o tym, kto miałby uczyć takiej kompilacji przedmiotów z tak różnych a zarazem szerokich dziedzin. Nawet środowiska akademickie (w tym nasz rodzimy Uniwersytet Łódzki) wyraziły otwarty sprzeciw wobec takiego pomysłu.

Dlatego też sceptycy słusznie podkreślają, że edukacja zdrowotna nie powinna być obowiązkowa. Dobrowolność w jego zakresie, jak w przypadku religii, etyki czy wychowania do życia w rodzinie, dawałaby rodzicom i dzieciom poczucie bezpieczeństwa i gwarantowała by realizację podstawowych praw zapisanych w Konstytucji RP.

Minister Nowacka w ostatnim czasie jednak zasłynęła nie tylko swoimi dziwnymi pomysłami w zakresie systemu edukacji. Jej wystąpienie podczas międzynarodowej konferencji „My jesteśmy pamięcią. Nauczanie historii to nauka rozmowy”, zorganizowanej w 80. rocznicę wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau, wzbudziło ogromne oburzenie wśród Polaków. Pani minister podczas wystąpienia powiedziała bowiem, że „na terenie okupowanym przez Niemcy polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady”.

Reakcja wśród obywateli była natychmiastowa. Wszędzie pojawiły się wpisy krytyczne, wręcz ganiące za powyższą wypowiedź. Od razu pojawiły się komentarze z żądaniem dymisji minister Nowackiej ze stanowiska. Sugerowano jej powrót do szkoły i ponowną dogłębną edukację w zakresie polskiej historii. Równolegle powstała również petycja online o odwołanie pani minister ze stanowiska.

Niestety, Polacy nie doczekali się właściwej reakcji ze strony premiera Donalda Tuska. Zamiast przeprosić Polaków i zdymisjonować tak skompromitowaną minister, wziął ją w obronę stwierdzając, że: „Nie będę wyciągał jakichś dramatycznych konsekwencji z powodu przejęzyczenia. Gdyby politycy mieli dawać swoje głowy w związku z tym, że się przejęzyczyli, to nie wiem, czy byliby kiedykolwiek chętni do sprawowania jakichkolwiek funkcji”. Sama pani minister Nowacka w swoich mediach społecznościowych umieściła następujące oświadczenie: „Oczywiste jest, że obozy zbudowali Niemcy, a polskich nazistów nie było. I jest to prawda historyczna. Również o tym wielokrotnie mówiłam w trakcie wystąpienia na konferencji w Krakowie. Za oczywiste przejęzyczenie przepraszam”.

W całej Polsce nie cichną echa tego wydarzenia. Czy społeczeństwo uwierzyło minister Nowackiej w rzekome przejęzyczenie? Czy jednak jesteśmy przekonani, że było to celowe działanie mające na celu zakłamywanie historii Polski i upowszechnianie wśród Polaków i nie tylko, teorii, które już niejednokrotnie pojawiały się w przestrzeni publicznej za sprawą naszych zachodnich sąsiadów? W niedalekiej przeszłości niemieckie media podawały bowiem niejednokrotnie informację o „polskich obozach koncentracyjnych”, sugerując jakobyśmy to my byli autorami i wykonawcami tego zbrodniczego procederu. Ocenę sytuacji pozostawiam Wam – moim czytelnikom.

Emilia Samson