Dziś, gdy słowa tracą znaczenie, a znaczenia tracą sens, potrzebujemy językowego drogowskazu prowadzącego nas przez meandry politycznej poprawności i związanego z tym zakłamywania przekazu, służącego do formułowania kłamliwych ideologicznych treści pod pozorem pięknie brzmiących słów i reguł stylistycznych. Coraz częściej rozmówca przekazuje treści niejednokrotnie odwrotne do znaczenia słów, którymi się posługuje, a czasami rozciągając ich znaczenie w sposób nieuprawniony, obarczony złą wolą, z myślą o świadomym wprowadzeniu w błąd . W ostatnich latach obserwujemy rosnącą dowolność w używaniu pojęć. To, co kiedyś było jasno zdefiniowane, dziś rozciąga się do granic absurdu.
I tak „przemoc” – to już nie tylko agresja fizyczna, ale też np. werbalne wyrażenie swoich niepochlebnych myśli; i już mamy „przemoc słowną” bądź „mowę nienawiści”. „Tolerancja ” – do niedawna oznaczała, że nie akceptując jakichś postaw, znosimy je jednak. Teraz wymusza się na nas konieczność afirmacji, szacunku, wyrozumiałości i właśnie akceptacji. ”Bezpieczeństwo” – staje się pretekstem do cenzury i odbierania wolności obywatelskich, ograniczanych w różnych dziedzinach życia przez rządzących.
Przykład? Choćby przymus szczepień (dla naszego ”zdrowia”), przymus zapinania pasów w samochodzie (dla ”bezpieczeństwa”), czy odebranie świętego prawa własności. Bo czymże jest ograniczanie mojego prawa do ziemi? Na głębokość szpadla do „pietruszki” mogę się rządzić, a głębiej? Kopaliny? Zakopane przed laty artefakty? To już jest państwowe i państwo może mnie wyrzucić z „mojej” ziemi i eksplorować. W USA stożek wielkości mojej działki sięga środka ziemi i – w myśl amerykańskiego prawa – jest moją własnością. A prawo do posiadania broni? Nie ma, jest urzędnicza wola: pozwolić lub nie pozwolić. W zasadzie w każdej dziedzinie życia, pod pozorem dobra człowieka, jesteśmy ograbiani z możliwości decydowania o sobie.
Gdy ktoś jawnie kłamie, to często mówi się, że wyraża opinię. A przecież ”kłamstwo” to kłamstwo, a ”opinia” to opinia i nic tego nie zmieni, oprócz oczywiście samego kłamcy. Słowa mają swoje korzenie, swoja historię i swój ciężar. Odbierając im te elementy, odrywamy się od zrozumiałej rzeczywistości i poddajemy językowemu szantażowi oraz manipulacji, zamiast opisowego komunikowania własnych myśli.
Prostota w wyrażaniu myśli to cnota, nie słabość. Niektórzy myślą, że im bardziej skomplikowany język, tym mądrzejszy przekaz. Wydaje się to błędem. Należy przekazywać treści w prosty sposób, używając znanych wszystkim słów. Czy naprawdę potrzebujemy ”przestrzeni dialogu”, by po prostu ”porozmawiać”? Czy ”imposybilizm” jest lepszy od „niemożliwości”?
Polszczyzna ma ogromne zasoby słów – od ok. 100 do 200 tyś. skatalogowanych. Szacuje się, że ogólny zasób leksykalny może przekraczać 500 tyś. słów i ok. 2,5 mln odmian. Jak to porównać do innych, uboższych języków, np. angielskiego, z jego 300 tyś. słów i 600 tyś. odmian? Nie zapominajmy, że język polski jest jednym z atrybutów kulturotwórczych naszego narodu.
Mówiąc o prostocie wyrażania myśli, nie mam na myśli posługiwania się ograniczonym zasobem wyrazów, a jedynie to, że jeśli dwa słowa znaczą to samo – wybierajmy krótsze i polskie. To dbałość o klarowność. Niestety, coraz częściej spotykamy się z językiem jako narzędziem autoekspresji, gdy tymczasem nie powinien on być lustrem, w którym masz się przeglądać, a mostem, poprzez który budujesz kontakt z innymi ludźmi.
Bardzo istotne są nazwy. Jeśli nazwiesz patriotę „szowinistą”, mężczyznę „oprawcą kulturowym”, krytykę ideologii „nienawiścią”, a niepochlebną ocenę przeciwnika politycznego „ruską onucą” – nie tworzysz realnego, prawdziwego opisu, tylko fałsz. Manipulujesz. A taka manipulacja prowadzi do chaosu w myśleniu i w dyskusji, a w konsekwencji – do konfliktu w społeczeństwie. Można by powiedzieć, że od słów zaczynają się konflikty, a od fałszywych słów – wojny.
Zmiany znaczeń oraz nieuprawnione rozszerzenia słów i wyrażeń najczęściej rozpoczynają się od małych, krzykliwych grup manipulujących przekazem i angażujących w to media, instytucje publiczne, kulturalne – szermujących banałami ”sprawiedliwości społecznej”, „równości”, „miłości”, „walki o wspólne dobro”. Słynne francuskie: liberte, egalite, fraternite to dziś nic nie znaczące slogany szlifujące bruk, patetyczne słowa – wytrychy, służące okłamywaniu łatwowiernej gawiedzi, nie rozumiejącej znaczeń zakłamanych słów.
Przykładem próby wprowadzenia takiej normy jest np. wyraz „Murzyn”, który próbuje się zastąpić słowem „czarnoskóry”. W moim odczuciu wymiana wyrazu, który w Polsce nie ma znaczenia emocjonalnego, a jedynie opisowe – oznaczającego czarnych mieszkańców Afryki – na pejoratyw stygmatyzujący ze względu na kolor skóry, to wyraz braku spójności i logicznego myślenia w imię politycznej poprawności światowego lewactwa, nie rozumiejącego polskich realiów.
Słowo „Murzyn” w polszczyźnie ma wielowiekową historię. Pochodzi od łacińskiego „Maurus” – mieszkaniec Mauretanii. Tak opisywano przed wiekami czarnych mieszkańców Afryki. Przez stulecia, aż do dziś, słowo funkcjonowało jako neutralne określenie opisowe. Przez większość Polaków nadal jest tak odbierane. Jednak środowiska politycznie poprawne i napływowe mniejszości forsują wyraz „czarnoskóry”, w Polsce brzmiący jak pejoratyw, jako nie obraźliwy, bo – w ich mniemaniu – skoro w państwach kolonialnych, postniewolniczych tak się postępuje, to znaczy, że dorobek kulturalny Polaków musi ustąpić na rzecz zagranicznych wzorców, nie licząc się z polszczyzną w sensie opisu i odbioru przekazu.
Naturalna ewolucja języka polega na tym, że społeczeństwo samo zmienia słowa i formy na takie, które są dla niego wygodne i zrozumiałe. Przykładem chociażby feminatywy „nauczycielka”, „dyrektorka”, „kierowniczka” – zakorzenione w języku polskim, kontra feminatywy wymuszane odgórnie przez językowych abderytów jak „ministra”, „chirurżka”, czy „psycholożka”. W tym przypadku nie jest to ewolucja, lecz presja środowisk lewackich i pseudopostępowych.
Język jest żywy. Jeśli ewoluuje naturalnie – nikomu to nie przeszkadza. Przykładem są makaronizmy zapożyczane w XV-XVII wieku, bądź – niestety – współczesne anglicyzmy, ulegające – na szczęście – spolszczeniu. Zostawmy język w spokoju tam, gdzie działa i jest zrozumiały, i pozwólmy mu ewoluować w naturalny sposób, jak działo się to od tysiąca lat. Wszak przecież za czasów Mieszka I Słowianie nie mieli problemów w porozumiewaniu między narodami słowiańskimi, używając tak zwanej prasłowiańszczyzny – języka, którym posługiwali się wszyscy Słowianie. To ostatnie tysiąc lat spowodowało, że w sposób naturalny i ewolucyjny wykształciły się z wspólnego pnia języki słowiańskie, których obecnie się używa. Niestety, nie rozumiemy się już w pełni, a jedynie wyłapujemy pojedyncze podobne słowa, które i tak mogą mieć inne znaczenie.
Przemysław Majkowski
